www.migell.denma.pl

Spokojnie, bez rozgłosu


Ponad pięć lat dojrzewali do tej decyzji. - Jest nam dobrze i nie chcemy tego psuć - odpowiada pytana o plany sercowe najlepsza polska tyczkarka Anna Rogowska. Jej związek z trenerem Jackiem Torlińskim rozpoczął się na początku 2001 roku.
Ania zaczynała od płotków. Gdy zamieniła je na tyczkę, musiała nadrobić spore zaległości techniczne. Wiązało się to m.in. ze skakaniem do piaskownicy. Szybko zareagował na to kręgosłup. Nie była w stanie biegać. Więcej czasu spędzała u lekarzy i specjalistów od ustawiania kręgosłupa niż na treningach. Mijały miesiące, a ból nie ustępował. - To było nie do zniesienia. Budziłam się w nocy i płakałam. Chciałam zrezygnować z uprawiania sportu i gdyby nie Jacek, pewnie bym nie wytrwała. Tylko on wierzył we mnie do końca i podtrzymywał na duchu - wspomina najtrudniejszy okres swojej sportowej kariery sopocka tyczkarka.
Jacek też był tyczkarzem, ale wielkich wyników nie zrobił. W sopockim klubie zajął się pracą z młodzieżą. Był początkującym trenerem, kiedy Ania z powodu swoich dolegliwości, nie pojechała na obóz z czołowymi zawodnikami SKLA. Miała przychodzić do siłowni i pod okiem Torlińskiego wzmacniać mięśnie, odpowiadające za stabilizację kręgosłupa.
Pierwszym jej trenerem był wówczas Edward Szymczak. Na zmianę szkoleniowca zdecydowała się od sezonu letniego 2003.
Początki współpracy nie były łatwe. Ani nie znano wtedy jeszcze dobrze, więc musiała zabiegać o udział w zagranicznych mityngach, a nie śmiała prosić organizatorów o dodatkowe zaproszenia dla Jacka. W ustawieniu rozbiegu i korygowaniu błędów podczas skoków bezinteresownie pomagał jej trener Tatiany Polnowej, prywatnie mąż rosyjskiej tyczkarki.
Sytuacja zmieniła się dopiero po igrzyskach olimpijskich w Atenach (2004), na których Ania wyskakała brązowy medal. Zastrzegła u swojego menedżera, by kontraktował jej tylko te mityngi, gdzie organizatorzy zapraszać ją będą razem z Jackiem. Z odmową jak dotąd się nie spotkali. - Interes jest wspólny - twierdzi. - Organizatorom mityngów najbardziej zależy na dobrych wynikach. Wiedzą, że tyczka jest trudną technicznie konkurencją, w której bez obecności trenera na zawodach, trudno jest skakać wysoko - wyjaśnia.
Poświęcając się karierze Ani, Jacek musiał zrezygnować z pracy z grupą młodzieży, którą lubił i bardzo sobie cenił. Łączenie dwóch funkcji nie było jednak możliwe. - Gdy przestanę skakać, Jacek bardzo szybko znajdzie sobie nową grupę - twierdzi Ania. - Nie wyobrażam go sobie w roli trenera bez pracy - dodaje tyczkarka, która w sprawach szkoleniowych całkowicie zdaje się na Jacka.
- On rządzi na treningach, ale za to w domu ja jestem szefem - wyjaśnia.
W domu, w którym nie mieli jeszcze czasu dłużej pomieszkać. Za pieniądze z nagród po igrzyskach w Atenach kupili apartament w 2-piętrowym budynku w Dolinie Bernadowskiej w Gdyni. Klucze do niego odebrali dopiero w połowie grudnia ubiegłego roku. Nie zdążyli się nim nacieszyć, gdyż kilka dni później już musieli jechać do Spały, by tam przygotowywać się do halowych mistrzostw świata w Moskwie.
Wcześniej zdążyli tylko kupić meble i zlecić fachowcom niezbędne prace wykończeniowe. Liczyli, że po powrocie z Rosji będą mogli w nowym mieszkaniu zaznać trochę spokoju i odpocząć. Okazało się jednak, że są jedynymi lokatorami w budynku. Codziennie o ósmej rano budzi ich warkot wiertarki, dochodzący z mieszkań sąsiadów. Nie martwią się jednak. Za kilka dni i tak muszą wyjechać, gdyż rozpoczyna się kolejne zgrupowanie kadry w Republice Południowej Afryki.
Ich życie toczy się w błyskawicznym tempie. Jego rytm wyznaczają terminy obozów i mityngów. Ania i Jacek starają się oddzielać sport od życia prywatnego. Po treningu wieczorem lubią wyskoczyć do kina albo zjeść w restauracji dobrą kolację w towarzystwie znajomych. Ania uwielbia pierogi z mięsem. Dobrze wie, że takich jakie gotuje jej mama, pani Grażyna, nie można kupić w żadnym lokalu.
Wiedzą, że przez sport coś im ucieka. Że zaniedbali życie rodzinne, ale na razie starają się o tym nie myśleć. - Rodzina to teraz tylko Jacek i ja - twierdzi Ania. - Może kiedyś zdecydujemy się na dzieci, ale raczej nie nastąpi to prędko - dodaje.
Są zgodną parą, która swoje problemy zawsze rozwiązuje na drodze kompromisów. - Nigdy się nie kłócimy. Jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi, których jednoczy wspólny cel. Pobierzemy się w kameralnej atmosferze i bez rozgłosu. Postanowiliśmy, że będzie to nasza prywatna uroczystość, bez kamer i fotoreporterów. We wrześniu w jakimś lokalu w Sopocie. Zaprosimy tylko rodzinę i najbliższych znajomych - planuje pierwsza dama polskiej lekkiej atletyki.



18936 |6188 |12393 |21401 |15539 |15275 |9049 |19114 |16688 |9530 |